Marek Modzelewski Wstyd reż. Małgorzata Bogajewska Komedia

Scena:
Scena Pod Ratuszem
Czas trwania:
1h 20 min (brak przerwy)
Cena:
normalny: 60 pln , ulgowy: 50 pln

O spektaklu

Choć wiele mogłoby na to wskazywać -  i sytuacja,  i bohaterowie -  to nie jest komedia rodzajowa, ani tragifarsa. To wnikliwa i gorzka diagnoza naszego społeczeństwa. Na nic się zdał rozwój kulturowy, społeczny i cywilizacyjny. Nie wyrośliśmy z "dulszczyzny". Wciąż nasze życie za fasadą uprzejmych uśmiechów zażenowania toczy wstyd. Jak uczy tradycja, najlepiej widać to na weselu, nawet takim, które się nie odbyło. Bo w takim tyglu mogą skonfrontować się różne światy, poglądy i wyobrażenia. Ot, Polska w pigułce… cały festiwal ludzkich przywar, małości, śmieszności, chociaż tylko czworo bohaterów.

Jak bronić się przed upokorzeniem, kiedy z wystawnego wesela nic nie zostaje, bo pan młody ucieka sprzed ołtarza, panna młoda zamyka się w domu, a rodzice młodych zostają sami z niespełnionym wyobrażeniem szczęścia swoich dzieci i swojego w nim udziału? Kiedy tracimy kontrolę nad biegiem wypadków próbujemy jeszcze wbrew osaczającym nas kompleksom ocalić swoje wyobrażenie o sobie, o swojej pozycji, wpływach, pieniądzach albo aspiracjach do wyższej klasy, która to wszystko zapewni... przynajmniej w naszym niskim mniemaniu. Zostajemy sami z pytaniami o siebie i swoje życie.

Premiera: 11 grudnia  2021r, Scena Pod Ratuszem.

Spektakl bierze udział w 28. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Konkurs finansowany jest ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Organizatorem Konkursu jest Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego.

25.05.22 Sekrety i kłamstwa Olga Katafiasz teatralny.pl

Przyznajmy, tak bywa. Młodzi się pokłócą, ślub odwołany. Niekiedy w ostatniej chwili. A przecież wesele przygotowane i zapłacone, goście na miejscu, ciocie i wujkowie z uporem godnym lepszej sprawy dopytują się, co właściwie się stało. No i zaczynają się dyskusje: kto zawinił? Bo nikogo właściwie nie interesuje, że o żadnej winie nie może tu być mowy, że serce nie sługa, że zdarza się – nawet w najlepszej rodzinie. Wszystkie te banalne wyjaśnienia nie wystarczają. Nie wystarczają przede wszystkim rodzicom państwa młodych, bo to ich nadzieje (i pieniądze) zostały w tym momencie stracone. I to oni przede wszystkim chcą się dowiedzieć, dlaczego młodzi zmienili zdanie tuż przed ceremonią.

Wstyd był już wystawiany, między innymi w Teatrze Współczesnym w Warszawie, gdzie przedstawienie wyreżyserował Wojciech Malajkat. Małgorzata Bogajewska sięgnęła po dramat Marka Modzelewskiego kilka miesięcy po premierze filmu Jakuba Michalczuka Teściowie. Z kina wyszłam zadowolona, przyjmując jego gatunkowość i wpisane w nią oczywistość dramaturgicznych zabiegów czy typowość postaci. Inaczej w teatrze: to, co na ekranie było schematem, na krakowskiej Scenie pod Ratuszem okazało się dużo prawdziwsze, ludzkie.

Historia, jak już wspomniałam, nie jest skomplikowana, ale nikt z nas nie chciałby znaleźć się na miejscu któregokolwiek z bohaterów. Ani zamożnego małżeństwa „z miasta”, rodziców pana młodego, ani uboższych mieszkańców prowincji, pragnących lepszego życia dla córki. Znana pani doktor, Małgorzata (Małgorzata Kochan), i właściciel firmy, Andrzej (Tadeusz Łomnicki), muszą skonfrontować się jednak z Wandą (Katarzyna Tlałka) i Tadeuszem (Piotr Pilitowski). Ci pierwsi zapłacili za wesele, ci drudzy – sprosili krewnych z całej Polski. Zabawa trwa, bo przecież ludzie przyjechali i są głodni, no i wykosztowali się na kreacje. A na zapleczu lokalu, między zapasami zimnej płyty i deserów, biedni rodzice nie bardzo wiedzą: pocieszać się wzajemnie czy przeprowadzić śledztwo? W końcu o honor tu chodzi.

Dramat Modzelewskiego operuje schematami, to jasne. Mamy dwie Polski: tę zamożną, wykształconą, elegancką i tę, która „się nie załapała” mimo pracowitości i determinacji, by żyć lepiej, ciekawiej. Pierwsi patrzą z wyższością drugich, ci z kolei są pełni podejrzeń. Bo jeśli ma się pieniądze, to pewnie bierze się łapówki albo oszukuje pracowników. Można zastanawiać się nad trafnością takiego obrazu polskiego społeczeństwa, nad jego aktualnością, podobne rozważania wydają się jednak nieadekwatne: Wstyd jest dobrze skrojoną sztuką, o czym świadczą nie tylko realizacje teatralne, ale również filmowa adaptacja (teatralne „sprawdzanie” nośności tekstu jest przecież znaną od dekad praktyką kinematografii na całym świecie), a gruba kreska sprzyja powodzeniu u publiczności.

Krakowski Wstyd jest udanym przedstawieniem z kilku powodów. Przede wszystkim, Bogajewska niuansuje wizerunki postaci – to już nie tylko przedstawiciele grup społecznych, które łatwo zaszufladkować. Małgorzata i Wanda, Andrzej i Tadeusz nie są wcale tak różni, jak mogłoby się wydawać. W obu małżeństwach dominują kobiety, mimo że każda z nich inaczej zaznacza swoją pozycję w związku. W obu dba się o interesy, choć, rzecz jasna, w dostępny sobie sposób – albo po prostu zabiega się o pieniądze, albo chroni wizerunek, który pozwala je zarabiać. Mężczyźni są bardziej ulegli, bo nie chcą stracić swoich drobnych przyjemności. Kto na jaką partię głosuje, naprawdę ma drugorzędne znaczenie.

Umieszczenie akcji w ciasnej przestrzeni, gdzie piętrzą się stosy pater i weselnych gadżetów sprawiło, że konflikty są bardziej natężone, a relacje między bohaterami – intensywne i wiarygodne. Na widownię Sceny pod Ratuszem wchodzi się przez restaurację, zatem dźwięki biesiady dochodzą widza czy widzkę z dwóch stron: zza kulis i zza drzwi do teatralnej sali. Największym atutem spektaklu są jednak wyraziście stworzone przez aktorki i aktorów postaci. Matki i ojcowie mają swoje tajemnice, które powoli wychodzą na jaw. Rusza lawina wzajemnych pretensji i oskarżeń. Małgorzata nie kryje niechęci wobec niedoszłej synowej, kapryśnej i niewdzięcznej. Andrzej winą za zaistniałą sytuację obarcza żonę, ale musi się jej podporządkować, bo sam ma sporo na sumieniu. Wanda, dotąd onieśmielona, staje się agresywna i otwarcie domaga się zadośćuczynienia. Tadeusz kalkuluje, czy bardziej opłaca się niewinny szantaż, czy załagodzenie sytuacji. Bo może jeszcze wszystko można odkręcić? Aktorki i aktorzy nie przerysowują swoich bohaterek i bohaterów, wybuchy wściekłości bywają niepokojące, zacietrzewienie jest chwilami zabawne, ale czy naprawdę chcemy ich oceniać? Każdy przecież chce uratować to, co uważa za najcenniejsze.

Jak czytamy w programie do przedstawienia: „Każdego roku w ostatniej chwili odwołuje się prawie 10 tysięcy ślubów. […] Pracownicy USC w miastach oceniają, że do skutku nie dochodzi około 5% planowanych uroczystości”. Czy zatem sytuacja, jakiej się przyglądamy, jest aż tak nieprawdopodobna? Paradoksalnie, przedstawienie Bogajewskiej nie okazuje się komedią, wywołującą uśmiech na twarzy. Przewrotny finał skłania raczej do niewesołych wniosków. A jeśli ktoś z nas – nie daj Boże – załapie się na te 5 %? Jak się wówczas zachowamy?

---------------------

30.04.2022 I jestem spełniony Paweł Kluszczyński

Wszechobecny internet powoduje, że dzielimy się naszymi codziennymi sprawami z całym światem, a tematy niegdyś ukrywane za drzwiami mieszkań bez kozery współdzielimy z otoczeniem. Do tego politycy czy ludzie z pierwszych stron gazet nieraz utwierdzali społeczeństwo w przekonaniu, że wstyd jest passé. A jednak…

„Wstyd” Marka Modzelewskiego to dramat obyczajowy, rozgrywający się w kręgu najbliższej rodziny – pan młody w ostatniej chwili rozmyśla się. Małgorzata Bogajewska portretuje mieszczan w małomiasteczkowych klimatach. Joanna Jaśko-Sroka idealnie wpasowała w Scenę pod Ratuszem Teatru Ludowego przyknajpianą kanciapę, gdzie rodzice niedoszłych małżonków w emocji wymieniają rację. Wesele zakrawało na przaśną, pustą rewię a nie radosną ceremonię. Reżyserka i scenografka wykorzystują fakt, że na widownię wchodzi się przez restaurację, zza drzwi przebija się prawdziwy konsumpcyjny gwar.

Zastajemy na scenie matkę pana młodego (Małgorzata Kochan), krząta się gorączkowo, z każdego jej gestu bije dezorientacja i strach, jest wytrącona z równowagi. Trudno zorientować się, czy spowodowała to jakaś tragedia, czy może ktoś uraził tę wyglądającą dość dumnie i pewnie kobietę. Kiedy pojawia się jej mąż (Tadeusz Łomnicki), popada w jeszcze głębszą rozpacz. Dowiadujemy się, że syn w kluczowym momencie ceremonii zrezygnował z małżeństwa. Do tego, w ferworze przygotowań do wesela straciła z oczu matkę, którą maluje jako osobę o despotycznej osobowości. Mężczyzna stara się panować nad emocjami, obraca sprawę w żart. Matka panny młodej (Katarzyna Tlałka) to kobieta prosta, niezamożna. Ubrana w kostium ze sztucznego jedwabiu aktorka bryluje na scenie, przerysowuje emocje postaci, ale nie pozbawia dramatyzmu. Wraz z Piotrem Pilitowskim, scenicznym małżonkiem, są na wskroś wiarygodni. Ich bohaterowie budzą sympatię, mimo że honor córki wyceniają na okrągłą sumę.

Autor zdradza tendencję do szufladkowania ludzi, co jest krzywdzące dla bohaterów, a dramat pozbawia zaskoczenia. Oglądamy gamę społecznych uprzedzeń: rywalizację o to, kto ma więcej zer na koncie, niechęć do lepiej zarabiających (niezależnie czy to biznesmen, czy lekarz), dystans bogatszych do uboższych czy pochodzących ze wsi. Równie negatywnie został zasygnalizowany wątek domniemanej homoseksualności jednej z bohaterek, o których mowa.

Krakowski „Wstyd” trudno uznać za przedstawienie o pozytywnej wymowie, mimo szczęśliwego zakończenia. To zakrapiana wódką i zagryzana skrzydełkami z kurczaka rozmowa o Polsce z perspektywy pokolenia, które na swoich barkach niosło trudny zmian ustrojowych. I, jak dobrze widać, jeszcze nie poradziło sobie z funkcjonowaniem w świecie mniej wstydliwym niż ten z ich wyobrażeń.

___________________________

02/2022 Miesiecznik Teatr Justyna Landorf 

Prawda nas wyzwoli?

„Wstyd” Marka Modzelewskiego w reż. Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze Ludowym w Krakowie oraz w reż. Błażeje Peszka w Teatrze Powszechnym w Radomiu. Pisze Justyna Landorf w Teatrze.

Wstyd Marka Modzelewskiego to dramat, który doczekał się już kilku adaptacji teatralnych i wersji kinowej. Ostatnie premiery – z Krakowa i Radomia – pokazują, że od jego publikacji nic się nie zmieniło. Wciąż żyjemy w dwóch Polskach, nadal zbyt łatwo i schematycznie dzielimy nasze społeczeństwo.

To jest czas Marka Modzelewskiego. W samej Warszawie można obejrzeć pięć sztuk jego autorstwa. Premiera nowego spektaklu Kto chce być Żydem? w reżyserii Wojciecha Malajkata w Teatrze Współczesnym odbyła się w połowie grudnia ubiegłego roku. Do wyboru mamy jeszcze Inteligentów (w Małej Warszawie; a także w repertuarze Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego i Teatru Wybrzeże), Niepamięć (koprodukcję Fundacji Garnizon Sztuki i Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi), Zabawę w Teatrze Polonia oraz Wstyd w Teatrze Współczesnym. Ten ostatni dramat ma szansę stać się prawdziwym przebojem: za nami dwie kolejne adaptacje teatralne i jedna kinowa.

O czym opowiada Wstyd i dlaczego cieszy się taką popularnością wśród twórców, a także i widzów? Punktem wyjścia staje się ucieczka pana młodego sprzed ołtarza. Zaplanowane przyjęcie weselne zostało opłacone z góry, goście przybyli tłumnie (i z daleka). Co robić? Konfrontacja pomiędzy niedoszłymi teściami staje się więc nieunikniona. W tle aktualny podział społeczny i konflikt, czyli dwie Polski. Albo inteligencja kontra ludzie niewykształceni, dobrze sytuowani przeciwko biednym, liberalni versus wyznający tradycyjne wartości. Obraz nieco uproszczony, oparty na kliszach, bo czyż każdy inteligent wyznaje promiskuityzm i żyje z malwersacji, a człowiek niewykształcony jest pazernym na pieniądze kołtunem, w dodatku tandetnie ubranym? Ale może właśnie sami się tak postrzegamy, tkwiąc w klinczu zastygłych światopoglądów i wzajemnych uprzedzeń, a autor podsuwa nam jedynie lustro, w którym możemy się przejrzeć. Zaletą tekstu są wartko płynące dialogi, celne riposty, dobrze napisane, w zasadzie pełnoprawne role dla czworga aktorów.

Sztuka Modzelewskiego nasuwa wiele skojarzeń literackich począwszy od Wesela Stanisława Wyspiańskiego, twórczości Mikołaja Gogola i Gombrowiczowskiego Ślubu, po Boga mordu Yasminy Rezy. Są również odniesienia filmowe – poza oczywistym przykładem, czyli Weselem Wojciecha Smarzowskiego, jest jeszcze Kontrakt Krzysztofa Zanussiego, w którym również dochodzi do weselnego przyjęcia mimo zerwanego ślubu. Z kolei film Jakuba Michalczuka pod tytułem Teściowie, który powstał na podstawie scenariusza autora Wstydu, zawiera scenę, która jest bezpośrednim cytatem ze Smarzowskiego. Film cieszy się sporym powodzeniem i jest obecnie dostępny na jednym z serwisów VOD. Być może któryś z widzów zechce odwiedzić teatr i obejrzeć występującą w dwóch rolach Izabelę Kunę: u Michalczuka zagrała postać teściowej pana młodego, we Współczesnym wciela się w jego matkę.

Czym jest wstyd? Według Arystotelesa „to rodzaj przykrości i niepokoju w związku z naszymi obecnymi, byłymi lub zamierzonymi występkami, które – jak nam się wydaje – prowadzą do naszego zniesławienia”. A także cnotą pełniącą rolę dyscyplinującą, przypominającą wspomniane lustro. Reakcja ludzi na nasz „obraz” jest odbiciem, sprawdzianem; jeśli wypadnie źle, ogarnia nas wstyd. Socjolożka Katarzyna Chajbos, która zbadała, czym jest wstyd w życiu Polaków, wśród najważniejszych obszarów zawstydzających jej respondentów wymienia kontekst obyczajowy, sytuację materialną i politykę.

Wróćmy do punkt wyjściowego, czyli zerwanego ślubu. Niektórym nowożeńcom in spe zdarza się rozpocząć przygotowania nawet na dwa, trzy lata przed ustalonym terminem ceremonii. Czasami jednak do ślubu nie dochodzi – młodzi uświadamiają sobie, że decydują się na coś, od czego nie ma odwrotu lub rezygnują z innych powodów. Wystarczy wpisać w sieć „odstąpię termin wesela”, a pokazują się tysiące ogłoszeń, w których niedoszli państwo młodzi próbują odzyskać wpłacone pieniądze z zadatku. Nie jest to nic nadzwyczajnego. Gorzej, kiedy rezygnacja następuje w dniu uroczystości. Jak się okazuje, takie sytuacje też się zdarzają. Tylko wtedy jest wstyd. A pieniądze przepadają.

U Modzelewskiego na zapleczu sali bankietowej spotykają się rodzice niedoszłych małżonków. Aspekt materialny nie jest najistotniejszy, przynajmniej dla rodziców chłopaka, którzy za wszystko zapłacili (poza orkiestrą, ale to w końcu tylko parę tysięcy złotych). Rozpoczyna się rozmowa, której przebieg można łatwo przewidzieć, bo odbywa się według określonego schematu. Początkowe skrępowanie, próby przeprosin i wyrażania żalu oraz wzrastająca temperatura dyskusji przeradzają się w kłótnię. Alkohol rozwiązuje języki, padają wzajemne oskarżenia, obelgi i wulgaryzmy, następuje eskalacja i dochodzi do bójki. Dalej mamy hitchcockowskie trzęsienie ziemi, po którym napięcie tylko rośnie (przynajmniej powinno). Pozostaje jednak pytanie: dlaczego pan młody uciekł sprzed ołtarza?

Premiery najnowszych adaptacji Wstydu (w radomskim Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w reżyserii Błażeja Peszka oraz w Teatrze Ludowym w Krakowie w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej) dzieli zaledwie paręnaście dni. Spektakl pokazywany w Radomiu był przygotowywany znacznie wcześniej, niestety, jak to w ostatnim czasie bywa, pandemia pokrzyżowała twórcom plany. Istotnym według mnie elementem, który miał niebagatelny wpływ na kształt obu spektakli, był wybór miejsca realizacji. Teatr Powszechny dysponuje czterema scenami. Błażej Peszek wyreżyserował swoje przedstawienie na Dużej Scenie. Scenograf Michał Dracz zabudował ją profesjonalnym sprzętem gastronomicznym – półki, zlew, wiatraki, krajalnica, długi stół, składane krzesła, wszystko w lśniącym chromie. W głębi lampa w kształcie błyszczącej kuli, element znany z dyskotekowych sal. Kieliszki i wódka. Zimna, sterylna, przygnębiająca wręcz przestrzeń. Mąż i żona (rodzice chłopaka), obecni od początku spektaklu, są od siebie oddaleni, często znajdują się po przeciwnych stronach sceny, co podkreśla ich wzajemne relacje. Uderza nas ledwo maskowana niechęć pomiędzy małżonkami. Dzielący ich dystans wydaje się im być na rękę.

Specyficzne usytuowanie Sceny pod Ratuszem Teatru Ludowego okazało się niezamierzonym (chyba) atutem scenograficznym. Aby dojść do sceny, przechodzi się przez działającą salę restauracyjną. I tak widzowie wraz z aktorami znajdują się na zapleczu lokalu, a obok za drzwiami odbywa się prawdziwa konsumpcja. Na scenie również, bowiem niedoszli teściowie zdejmują z półek zafoliowane tace i posilają się („żeby się nie zmarnowało”) przygotowanymi przekąskami. Niewielką scenę wypełniają starannie dobrane „akcesoria” weselne (scenografia Joanna Jaśko-Sroka). Oprócz smacznie wyglądającego jedzenia jest jeszcze tort weselny, są balony w kształcie gołąbków, stół i krzesło udrapowane białym płótnem, bukiet weselny zanurzony w wiadrze, kegi, skrzynki z alkoholem, worek ze śmieciami. Są nawet małe „eleganckie” pudełka ze słodyczami, które przygotowuje się dla gości w podzięce za przybycie (z napisem „Dziękujemy – Weronika i Łukasz”). Na podłodze duży biały napis „LOVE” ze światełkami. Panuje pewien nieład, ale i swojskość.

Błażej Peszek postanowił nieco odejść od realizmu tekstu Modzelewskiego i pobawić się formą, co niestety okazało się nie do końca dobrym pomysłem. Pierwsza scena u autora to próba dodzwonienia się rodziców do syna i zarysowanie sytuacji wyjściowej. U Peszka, zanim otrzymamy ekspozycję, mamy niekończącą się zabawę z papierosami, kiedy zdenerwowana żona (Małgorzata – Izabela Brejtkop) chce zapalić, a mąż (Andrzej – Jarosław Rabenda) najpierw jej odmawia, potem podaje papierosa, ale w ostatnim momencie go zabiera, i tak dalej, a my nie wiemy, co się stało. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że są parą z długoletnim stażem, a te sztuczki to rodzaj odgrywania się za wszystkie błędy i przewiny. Potem są jeszcze inne mniej lub bardziej udane pomysły wariantów zabaw weselnych: z długopisem na sznurku, akcentowania imienia Weronika (na drugą bądź trzecią sylabę od końca), upiornego korowodu tanecznego.

Szkoda też, że radomscy aktorzy przerysowują swoje role. Oprócz oczywistych sytuacji, kiedy puszczają im nerwy, niepotrzebnie wybuchają co chwila wściekłością, wywrzaskując swoje kwestie i kopiąc na przykład z całej siły stojące krzesła. Władcza i inteligentna Małgorzata, nieznosząca nikogo poza własnym synem, powinna jednak panować nad sobą (poza określonymi momentami wynikającymi z tekstu). Nawet Andrzej Jarosława Rabendy, najlepszy z obsady, usiłujący zachować stoicki spokój, też traci go zbyt często. Wanda Joanny Jędrejek miewa zabawne momenty, zwłaszcza na początku, kiedy pojawia się z zaciętą twarzą czy w oniemieniu, a w dalszej części jako pijąca wódkę „ofiara incydentu”, ale i ona zachowuje się groteskowo. Dodajmy jeszcze liczne wulgaryzmy (które są w tekście, ale chyba w mniejszej liczbie niż w radomskim spektaklu), na które część widowni reaguje z entuzjazmem. Po spektaklu udało mi się usłyszeć opinie dwojga widzów, którym spektakl bardzo się podobał z powodu jego „realności”.

W Teatrze Ludowym zdenerwowani rodzice (Małgorzata Kochan i Tadeusz Łomnicki) wydają się na pozór całkiem zgodną parą. Jest między nimi porozumienie, nawet pewien rodzaj czułości, dopiero w trakcie rozwoju wydarzeń wychodzą wzajemne pretensje i skrywane żale. Małgorzata przyzwyczajona do rządzenia, zręcznie manipulująca innymi, w stosunku do syna przybiera płaczliwo-jękliwy ton. Frazę „zawsze traktowałam ją jak córkę” będzie parokrotnie powtarzać, raz jako żart, którym może rozbawić własnego męża, kiedy jest już podpita, potem jako rodzaj tarczy czy też usprawiedliwienia przed rodzicami dziewczyny. Andrzej jest człowiekiem trzeźwo myślącym, który radzi sobie z żoną oraz jej matką za pomocą ironicznych uszczypliwości. Tadeusz (Piotr Pilitowski) to tak zwany swój chłop, próbujący załagodzić sytuację i zaklinający rzeczywistość przy pomocy „dogadajmy się”. Wanda (Katarzyna Tlałka) pojawia się ze łzami w oczach, zdruzgotana z powodu nieszczęścia córki, onieśmielona względem gospodarzy. Długo milczy, dopiero dzięki alkoholowi odzyskuje animusz, broniąc jak lwica swojego dziecka. Tak zresztą, jak i Małgorzata, bowiem to kobiety grają pierwsze skrzypce, i biada temu, kto stanie w szranki z matką, która uważa, że jej dziecku dzieje się krzywda.

Przedstawienie z Teatru Ludowego ma świetne tempo, jest bardzo dobrze zagrane przez wszystkich aktorów. Małgorzata Bogajewska zgrabnie zaadaptowała tekst (brawa za krakowskie akcenty). Trzeba też docenić kostiumy – tak zwana weselna moda jest dosyć specyficzna, tymczasem różnica w stroju między parą z miasta a parą z prowincji nie jest karykaturalna. W tle słychać stłumioną muzykę, stanowiącą dowcipny komentarz odnoszący się do wydarzeń rozgrywających się na scenie – począwszy od aranżacji I’m so Excited The Pointer Sisters do Only You Elvisa Presleya. Po wszystkich zwrotach akcji powraca jednak pytanie, co naprawdę się wydarzyło, że ślub został zerwany. Tego do końca się nie dowiemy: do konfrontacji z młodymi nie dojdzie. Poznamy tylko fragmenty, a może warianty prawdy, dzięki wypowiedzi jednej z matek, listu syna, wersji przekazanej przez siostrę dziewczyny. A przecież „prawda zawsze zwycięża i nawet nasz papież tak mówił”.

Kto zatem jest winny, i komu powinno być wstyd? Przywoływany wcześniej socjologiczny kontekst obyczajowości wybrzmiewa w sztuce najsilniej. Dla rodziców dziewczyny największym upokorzeniem jest nieszczęście córki spowodowane odwołanym ślubem („to wstyd na całe życie”). Jednocześnie normy obyczajowe okazują się przydatnym narzędziem zawstydzania rodziców chłopaka (nie będę zdradzać szczegółów). Podobnie jest w przypadku różnic ekonomicznych („nie mogliśmy tyle dać Weronice, co wy Łukaszowi” oraz „dorobił się tylko ten, który kombinował”). Politycznym odniesieniem staje się skarga Wandy: „Jeszcze mi powie, na kogo głosować!”. Czy rodzice chłopaka powinni się wstydzić za zachowanie syna? Czy może powinni wstydzić się, że poczuli ulgę, że do ślubu jednak nie doszło? Czy powinni odczuwać wstyd względem siebie i swoich bliskich za to, co im zrobili? I wreszcie: za pogardę, którą odczuwają w stosunku do rodziców dziewczyny, a także do niej samej?

Widz łatwo może odnaleźć się w sytuacji bohaterów Wstydu – z różnych powodów może ona być mu bliska, albo przynajmniej znajoma. Większość dorosłych osób uczestniczyła we własnym bądź czyimś ślubie, troszczyła się o dobro swoich dzieci, była świadkiem kłótni spowodowanej nadmierną ilością alkoholu oraz napotkała w swoim najbliższym otoczeniu ludzi o diametralnie różnych poglądach. Są oczywiście jeszcze skandale, które wydarzają się wszędzie, choć prawdę mówiąc, te w sztuce niebezpiecznie przypominają rewelacje występujące w telewizyjnych tasiemcach.

Czy rodzice narzeczonych są w stanie porozumieć się? Przecież dzieli ich wszystko: wykształcenie, pozycja społeczna, status materialny, światopogląd. Jedyny temat, na który mogą rozmawiać, nie skacząc sobie przy tym do oczu, to pogoda (która w dniu ślubu jest „jak drut” i „lepszej nie można sobie wymarzyć”). Początkowa sympatia, którą mógł odczuwać widz w stosunku do rodziców Łukasza, zaczyna maleć, kiedy na jaw wychodzą kolejne tajemnice rodzinne. Rodzice Weroniki wcale nie są lepsi w swoim dochodzeniu „sprawiedliwości”. Mimo komediowych akcentów diagnoza zaprezentowana w obu przedstawieniach jest dosyć przykra. Te dwa odrębne i skompromitowane światy zawsze będą istniały obok siebie, bez szansy na porozumienie. Nasze światy. Taka jest prawda.

Twórcy

autor: Marek Modzelewski
reżyseria: Małgorzata Bogajewska
scenografia: Joanna Jaśko-Sroka
opracowanie muzyczne: Weronika Kowalska
 oraz zespół muzyczny w składzie:
- wokal, skrzypce: Weronika Kowalska
- gitara elektryczna: Maciej Salus
- gitara basowa: Marcin Chadys
- perkusja: Piotr Przewoźniak

inspicjent, sufler: Manuela Nowicka

Obsada